18 listopada 2013

Chapter XXVIII



 To chyba ta nowa płyta mnie natchnęła :)
Baaaaaaaardzo dziękuje tym, którzy czekali!

To nie jest tak, że boje się latać. Nie mam żadnej fobii, ani nic! Od dziecka jestem zmuszona do podróżowania w ten sposób, bo dziadkowie ze strony ojca mieszkają w Danii i naprawdę nie chodzi o to, że boję się wsiąść do samolotu, po prostu… Uh. Nie przepadam za lataniem. Nawet jeżeli chodzi o tak krótki lot jakim jest połączenie Dublin – Londyn. Po prostu wolę jazdę samochodem, nie wiem, spacer, rejs statkiem… wszystko, co w jakiś sposób trzyma się ziemi jest mi automatycznie bliższe. Biorę głęboki wdech kiedy docieramy do wejścia samolotu, a Niall podaje stewardesie nasze karty pokładowe.
Daj spokój, Leighton.
Mój żołądek wykonuje dziwną kombinację artystyczną.

    - Na pewno muzeum figur woskowych, bez tego nie ma opcji, no ten teatr The Globe, założył go jakiś poeta, czy coś w tym stylu, fajnie będzie zobaczyć, London Eye to podstawa, zdjęcie pod Big Benem, China Town – zachowując pozory spokoju przerzucam kartkę po kartce w moim przewodniku turystycznym i przebiegam wzrokiem po nagłówku każdej z nich – I moglibyśmy pojechać w jakąś trasę po mieście tymi piętrowymi autobusami, dajesz wiarę, czerwone piętro…
    - Leighton.
    - Camden Town, pałac Buckingham… - ciągnę swój wywód dalej, totalnie ignorując Nialla i jego próby nawiązania ze mną jakiegokolwiek kontaktu – i możemy nawet pójść na jakiś musical…
Chłopak gwałtownym ruchem zamyka książkę leżącą na moich kolanach. Spoglądam na niego z wyrzutem.
    - Na pierwszym miejscu stawiałbym raczej odwiedzenie Livii, żeby nie spanikowała. Po drugie, to jest teatr Szekspira, a po trzecie – wcale nie mam ochoty zwiedzać. Nie mam ochoty iść na musical ani do muzeum figur woskowych – patrzę na Nialla nic nierozumiejącym wzrokiem – Nie mam ochoty na bycie turystą – mówi to powoli, jakby miał do czynienia z osobą chorą psychicznie. Przez chyba z dziesięć kolejnych minut nie dostaję ode mnie w odpowiedzi nic innego oprócz pełnego szoku milczenia.
    - Jak to nie masz ochoty na bycie turystą? To na co ty masz w ogóle ochotę? – wpatruję się w niego z niezrozumieniem – Jak ty chcesz… co ty… mamy miesiąc, a ty chcesz… siedzieć na dupie? Przecież możemy zobaczyć pełno rzeczy… - Niall sięga po błękitną książkę z czerwoną, uśmiechniętą budką telefoniczną na okładce, otwiera ją niedbale i palcem wskazując na pierwszą lepszą stronę.
    - Serio chcesz tam iść? Sorry, ale jeżeli tak bardzo Cię to interesuje to dlaczego za każdym razem migałaś się od szkolnych wycieczek? – w jego głosie słychać jakąś nieznaną mi wcześniej nutę i przez to wszystko zaczyna robić mi się głupio. Ale nie poprzestanę bez walki! Walić to, że ludzie się nam przysłuchują, mam swoje racje i swoje prawa i… - Poza tym chłopaków raczej to nie podnieca. Takie wycieczki. Lola pewnie też będzie wolała siedzieć w mieszkaniu.
O Boże. Jak on może tak mówić?
    - Chłopaków? – powtarzam w lekkim zawieszeniu – Jak to ich to raczej nie podnieca? Przecież… zwiedzanie… oglądanie… to jest chyba najlepsza część całego pobytu! Mówiłeś, że chcesz poznać Londyn! Mówiłeś tak, Niall! - milknę nagle starając się wrócić do wcześniejszej pozycji atakującej – Ty albo oszalałeś albo nie wiem co Ci się stało, chyba ten lot tak na Ciebie działa, bo to jakiś żart… co ty robisz? – urywam patrząc jak Niall zaczyna wciskać książkę do swojej torby.
    - Zaraz lądujemy – odpowiada ze stoickim spokojem, nawet na mnie nie patrząc.
SŁUCHAM? ŻE CO? Że zaraz robimy CO? Nic z tego nie rozumiem. Przecież dopiero co wystartowaliśmy i dopiero co leczyłam się z drgawek przenikających moje ciało przy każdym drgnięciu samolotu. Rozglądam się niepewnie i rzeczywiście, wszyscy zaczynają zapinać pasy i odkładać sprzęty na swoje miejsca.
    - Zrobiłeś to specjalnie! – obracam się w stronę Nialla, a na jego twarzy gości jeden z tych lekkich uśmiechów – Odwróciłeś moją uwagę… ty…
Chłopak kiwa głową, wyglądając przy tym na szalenie rozbawionego. Kiedy mam zamiar powiedzieć coś jeszcze Niall skutecznie zamyka moje usta swoimi.
 
Mieszkanie, które wynajęli chłopcy jest po prostu najzwyklejszym w świecie fragmentem jednego z kilometrowych szeregowców na Ellington St, ale – mówcie co chcecie – uważam je za najbardziej urocze miejsce na ziemi. No, może poza faktem, że drzwiczki w kuchennych szafkach odpadają, gdy podejmuje się próbę zbyt gwałtownego otworzenia ich. I, że spłuczka w kiblu ma swoje kaprysy. I, że drzwi wejściowe nie mają klamki od wewnątrz i trzeba ciągnąć za klapkę od szpary na listy. I, że na górze są tylko dwie sypialnie, z których jedna ma chyba półtorej metra kwadratowego i mieści się w niej jedynie dwuosobowe łóżko. NIC więcej. NIC. Pod Bogiem, nic. I, że wszyscy będziemy musieli na zmianę spać na kanapie w salonie na dole, żeby było sprawiedliwie. I, że do najbliższego sklepu trzeba jechać autobusem, żeby nie zetrzeć sobie podeszw. I, że nie mamy łącznika do kurków w prysznicu. I, że w szafkach brakuje talerzy i kubków, więc zjedzenie śniadania wspólnie raczej nie wchodzi w grę. I, że…
    - Leighton, wyjdziesz przed dom? – wyciągam głowę z lodówki, której zawartość właśnie penetrowałam i podnoszę wzrok na zbliżającego się w moją stronę Liama – Zayn i Louis plączą się po okolicy szukając…
    - Jasne. Nie ma problemu – odpowiadam w ekspresowym tempie i w odpowiedzi dostaję półuśmiech. Jezu. Chciałabym już bardziej wdrożyć się w to towarzystwo… to znaczy, chłopcy zdążyli trochę bardziej się zżyć w czasie pobytu u ojca Harrego, ale mimo, że ja z całych sił próbuje wyglądać na wyluzowaną to kończy się tym, że przechodzę z pomieszczenia do pomieszczenia prawie tak rozluźniona jak robot na baterie, a wszystko co mówię ma jakiś zbyt oficjalny wydźwięk i czuje się jakby ktoś nagrywał moje słowa na dyktafon. Przymykam za sobą drzwi wyjściowe. Super, teraz jeszcze muszę szukać tych dwóch rozbitków… ciekawe jak mam się z nimi przywitać. Ostatnio widziałam ich jeszcze w lipcu, kiedy miała miejsca ta cała szopka z powstaniem zespołu i w ogóle… to znaczy, super, że tak się stało i chłopcy są naprawdę, ale to naprawdę fajni! Nie chodzi o to! Jeśli chodzi o poznawanie nowych ludzi, zasada jest taka, że po paru dniach przestają być nowo poznanymi ludźmi, a zaczynają być znajomymi i chyba na nadejście takiego procesu teraz czekam. Tak czy inaczej, myślę, że będzie fajnie. Liam był tu przed nami, bo musiał odebrać klucze, ja i Niall jesteśmy drudzy. Harry z Lolą mają przyjechać dopiero wieczorem, bo mają jakieś problemy związane z ogarnięciem dojazdu. A, właśnie. Zayn i Louis. Wychodzę na ulicę rozglądając się na boki. Nie chcę spieprzyć takiej prostej misji jaką jest odnalezienie dwóch pałętających się w okolicy nastolatków obarczonych ogromnymi porcjami bagażu. Przez chwilę nic nie widzę i, słowo daję, mam już zamiar klapnąć tylkiem na krawężnik, kiedy w tym samym momencie zza zakrętu wyłania się (a raczej wybiega) Louis ciągnący za sobą dwie wielkie torby na kółkach. Za nim wyparowuje zziajany Zayn.
    - Cześć – uśmiecham się do nich starając się wyglądać jak profesjonalna portierka w czterogwiazdkowym hotelu – Widzę, że daliście radę – mówię totalnie bezsensu i pewnie wskoczyłabym w odpływ kanalizacji ze wstydu gdyby nie to, że Louis przyciąga mnie do siebie ramieniem na powitanie.
    - Jak mama?  - jego głos przedziera się przez moje skołtunione włosy aż do ucha, ale musi minąć chwila zanim naprawdę dociera do mnie o co pyta.
    - Lepiej – odpowiadam i odsuwam się o parę centymetrów – Dzisiaj do niej jadę, jest tutaj na reh...
    - Rehabilitacji, Niall nam mówił – Louis uśmiecha się pokrzepiająco i przez kolejną chwile wszyscy troje stoimy w kompletnej ciszy przerywanej jedynie ciężkim oddechem Zayna. Okej. Może mam lekką paranoję, jeżeli chodzi o niezręczne sytuacje z moim udziałem i trochę przesadzam z ich wykrywaniem, ale w tym momencie dałabym sobie rękę uciąć, że nie tylko ja czuję się idiotycznie stojąc w tym, jakby nie było, trójkącie i nie mówiąc absolutnie nic. Wzrokiem rozpaczliwie błądzę po okolicy szukając czegokolwiek o czym mogłabym powiedzieć parę zdań, chociażby źle domkniętej furtki lub... zblazowanego psa biegającego po okolicy. Przyjmijmy, że znam w ogóle znaczenie słowa "zblazowany" i używam go w poprawnym kontekście. Ogólnie to ludzie często wypominają mi, że posługuję się słowami, których definicji nie znam. Czasami poważnie myślę nad zapoznaniem się ze znaczeniami paru intrygujących mnie wyrazów, ale to jest jedna z tych rzeczy, która wypada mi z głowy, gdy siadam przy laptopie, a przypominam sobie o niej dopiero kiedy Gabrielle karci mnie spojrzeniem pełnym nagany i mówi coś w stylu "Zwierzchnik to nie to samo co sojusznik, idiotko do kwadratu o wykładniku wymiernym".
    - No to... może wejdziemy się rozpakować i w ogóle? - Louis uśmiecha się wskazując na uchylone drzwi do domu. Patrzę na niego pełnym niezrozumienia wzrokiem - Liam i Niall są w środku? - dodaje i poprawia w dłoni rączkę swojej walizki. Mrugam parokrotnie. Ale ze mnie ciężka idiota, zawiesiłam się.
    - Jasne! Tak! - z zapałem kiwam głową, szczęśliwa, że ten upokarzający rytuał powitania dobiegł właśnie końca - Pewnie, wchodźcie! - na moje słowa obaj zaczynają wspinać się po schodkach prowadzących do środka. Schodki są dwa, ale wejście jest dosyć wąskie, a chłopcy dzierżą w rękach wielkie torby i walizki, także w trakcie podbijania góry Kilimandżaro wyglądają na dosyć zirytowanych - Nie otwierajcie drzwi za szero... - zwracam się raczej do Zayna, bo to on pierwszy wciska się z bagażami do mieszkania. Moje słowa zlewają się jednak z łoskotem spadających na ziemię kartonów. Zayn jak oparzony odsuwa prawą dłoń od drzwi wejściowych starając się przy tym cofnąć to, że przed chwilą oparł się o nie całym swoim ciałem próbując wtoczyć walizkę za próg.
    - Kurwa! Nie chciałem! - rzuca mi i Louisowi szybkie spojrzenie, a zaraz po tym znika we wnętrzu salonu zabierając się chyba za porządkowanie kartonów i wszystkich śmieci, które z nich wypadły. Z środka dobiegają mnie stłumione powrzaskiwania Nialla i głośny tupot butów na schodach prowadzących na piętro. Louis wbiega do mieszkania zaraz za Zaynem. No cóż. Biorę głęboki wdech starając się nacieszyć płuca wilgotnym powietrzem stolicy Wielkiej Brytanii. Kurczę, jestem w innym kraju! Robię parę kroków w stronę wylotu naszej uliczki. W sumie nic tutaj mnie jakoś specjalnie nie zaskakuje, to znaczy, wiedziałam przecież, że nie będziemy mieszkali na szczycie Big Bena czy coś, ale... jeżdżenie do innego kraju to poznawanie nowych rzeczy, wiecie, kultura, ludzie, jedzenie, nawet ulice powinny mnie zaskakiwać, a tutaj człowiek nawet nie czuje, że opuścił swoją Irlandię. Pamiętam, że byłam niemalże jednakowo zawiedziona kiedy w wieku pięciu lat zobaczyłam Manchaster, ale to nie było to samo. Teraz przecież jestem w Anglii sama, można powiedzieć, że na własną rękę! Powinnam tryskać radością i nieokiełznaną żądzą wydawania z siebie podnieconych popiskiwań, a tu co... krzyżuje ręce pod piersiami i zagryzam wewnętrzną stronę policzka. Nie uśmiecha się do mnie dzisiejsza wizyta u mamy, bo jestem prawie w stu procentach pewna, że przez pierwsze trzydzieści minut będzie próbowała przygotować mnie na bombę pt. "Rozwodzimy się z tatą" historyjkami z mojego dzieciństwa czy czymś równie podejrzanym. Z drugiej strony chyba nie wypada mi mówić jej o tym, że Niall przegrzebał gabinet mojego ojca i sam znalazł te papiery?
Obracam się spoglądając na drzwi do domu z numerem 98. Ktoś zdążył już je zamknąć. Biorę głęboki wdech i wyjmuję z kieszeni telefon w celu sprawdzenia godziny odjazdu najbliższego autobusu jadącego w stronę ośrodka rehabilitacyjnego. Gdyby kózka nie skakał... nie, nie. Raz kozie śmierć!

Na miejsce docieram tuż po siedemnastej. Wchodząc po kamiennych stopniach prowadzących do głównego wejścia do budynku, zaczynam odczuwać lekkie zdenerwowanie. Jakby nie patrzeć to będzie jedna z ważniejszych rozmów mojego życia, co nie? Na dodatek nie mogę wyprzeć z głowy ciągłego wyobrażenia mamy leżącej na szpitalnym łóżku. Przyzwyczajenie do jakiegoś widoku chyba bez kitu robi swoje. No cóż. Po przejściu przez ciężkie obrotowe drzwi spoglądam po elegancko urządzonym wnętrzu z niemałym zdziwieniem. Wyobrażałam sobie cały ten ośrodek jako jedno z tych przytulnych miejsc, o których ludzie opowiadają znajomym z uśmiechem na twarzy i chętnie wracają tu po paru miesiącach chcąc uciąć małą pogawędkę z jakimś swoim ulubionym pracownikiem, a tu co... sztuczne rośliny doniczkowe, marmurowe schody i srebrne, klaustrofobiczne windy.
    - Dzień dobry - w myśli wdziera mi się czyjś głos - W czym mogę pani pomóc? - obracam się całym ciałem w lewo, a dziewczyna w szarej sukience uśmiecha się do mnie dosyć niepewnie. Wygląda na niewiele starszą ode mnie, w sumie nie wiem czy można ją w ogóle nazwać starszą. Ma długie, czarne włosy, wielkie niebieskie oczy i ogólnie wygląda na uroczą osóbkę. Jedyny sympatycznie wyglądający element tego holu.
    - Szukam Livii Whitford? - zbliżam się do biurka, na którym leżą dwa srebrne laptopy, kupa różnych papierów i różne takie głupoty. Dziewczyna pospiesznie drepcze za mną i sadowi się przy sprzęcie - Nie wiem na którym piętrze ma pokój, a podobno potrzebna jest jakaś przepustka.
    - Eee... taak... - dziewczyna z przesadną ostrożnością zabiera się za unoszenie klapy laptopa - Tak, już szukam... - marszczy brwi wciskając ostrożnie pojedyncze litery na klawiaturze - Livia, jak?
    - Whitford - powtarzam, z rosnącym zainteresowaniem przyglądając się poczynaniom recepcjonistki.
    - Piętra od czwartego w górę to część hotelowa, a pani Livia Whitford ma pokój numer... 79, czyli piętro... piąte - uśmiecha się urzędowo i wciska jeden z guzików na drukarce - Przepustka to tylko formalność, ale warto ją mieć przy sobie. Jest drukowana jednorazowo także musiałabym wiedzieć na jak długo ma być ona ważna - wyciąga kartkę z drukarki i kładzie ją przed sobą na biurku, dłonią szukając długopisu w ozdobnym kubeczku stojącym przy monitorze jej komputera.
    - Do końca - odpowiadam grzecznie i poprawiam rękawy bluzy - To znaczy do końca pobytu mamy tutaj.
Powiedziano nam, że taka rehabilitacja może trwać nawet rok, z tym, że po pół roku można przenieść się z ośrodka do domu i jakoś zamawiać wizyty tych wszystkich ludzi, czy coś w tym stylu. Nie wyobrażam sobie, że mama mogłaby spędzić rok w tym miejscu, ale nie wyobrażam sobie również rehabilitatorów(?!?!) biegających po naszym domu i rozkładających swoje dziwne sprzęty w każdym jego zakamarku. Chociaż... ja i tak będę w Londynie z Niallem.
    - Więc to należy do pani - przesuwa wypisaną kartkę w moją stronę - Proszę to mieć przy sobie przy każdej wizycie - posyła mi kolejny pół-uśmiech.
Wspaniale.
Kieruje się w stronę wind.

Drzwi windy zamykają się, a ja jadę do góry. Coś lekko ściska mnie w żołądku, ale biorę to za dobry znak. Mam zamiar rozegrać to wszystko szybko i sprawnie, bez żadnych dramatów i histerii. Nie chcę być jakimś dodatkowym problemem, a już na pewno nie chce, żeby im było przykro, że mnie ranią czy coś. Nigdy jakoś nie potrafiłam określić, którego z rodziców kocham bardziej, to znaczy... z obojgiem miałam zawsze neutralne kontakty. Winda brzęczy i zatrzymuje się na trzecim piętrze. Drzwi rozsuwają się, a po drugiej stronie stoi ubrany w jeden z tych dziwnych białych kitli mężczyzna. Jezu, zaczynam się tutaj czuć naprawdę dziwnie.
    - Dzień dobry - mówię z automatu, a mężczyzna rzuca mi spojrzenie pełne głębokiego zainteresowania. Drzwi windy znów się zamykają.
    - Odwiedziny? - mężczyzna splata ramiona na klatce piersiowej zerkając na mnie kątem oka. W sumie to nie jestem już taka pewna czy nazwałabym go mężczyzną. Ma może z dwadzieścia lat i wygląda na dosyć sympatycznego osobnika. Mógłby jednak zdjąć ten kitel.
    - Moja mama tu jest - odzywam się po dłuższej chwili - Livia Whitford.
Winda brzęczy po raz kolejny. Wychodzę na korytarz, a zaraz za mną wychodzi chłopak.
    - Wspaniale się składa, bo akurat wybieram się w tamte strony - uśmiecha się szeroko i kładzie mi dłoń na plecach popychając mnie lekko w prawo - Twoja mama ma pokój w tej części holu - dodaje dla usprawiedliwienia - Jesteś tutaj pierwszy raz, co?
W odpowiedzi kiwam głową, bo jakoś nie mam pomysłu na coś bardziej kreatywnego.
    - No, pokój 79, to tutaj - po dłuższej chwili milczenia zatrzymujemy się przed brązowymi drzwiami opatrzonymi numerkiem - Proszę pozdrowić mamę! - woła na odchodne chłopak i skręca za rogiem korytarza, a ja po paru sekundach słyszę, że wchodzi do któregoś z pokoi.
Jasne, pewnie i bym pozdrowiła, gdybym wiedziała od kogo. Tak czy inaczej, to moja chwila!

Moja mama to najbardziej rozgadana osoba, jaką znam. Przysięgam, że zdążyłam się do tego przyzwyczaić, bo minęło prawie siedemnaście lat, prawda? Teraz już nawet na to nie narzekam, ale jak sięgam pamięcią wstecz to jestem prawie w stu procentach pewna, że w niemowlęcym okresie żółtaczki dostałam właśnie przez to jej ględzenie. Tak czy inaczej - taka jest Livia. Gdy zacznie mówić to po prostu nie potrafi się zatrzymać. Co jest całkiem w porządku jeżeli brać pod uwagę fakt, że mój ojciec odzywa się dość rzadko. W każdym razie w tym momencie nie odzywa się żadne z nich. Ja wcale nie zamierzam być tą, która przerwie ciszę, więc po prostu siedzę na beżowej kanapie i spokojnie wyłamuje palce u rąk.
    - Leighton - Nicolai spogląda na mnie z przyganą. Jezu, dobra. Wciskam dłonie pod uda. Okej. W sumie "największa bomba" już na mnie spadła, rodzice próbowali się tłumaczyć czekając na moją reakcję i w sumie nawet się jej doczekali, nie mówię, że nie! Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem i oznajmiłam, że w sumie to do domu wracam dopiero, gdy Niall skończy przygodę z Xfactor. No i... zapadła cisza. I tak milczymy do chwili obecnej. I pewnie milczelibyśmy do końca tej dekady, gdyby nie mój telefon. To znaczy, gdyby nie to, że mój telefon zaczyna dzwonić. Podrywam się z kanapy i nie szukając nawet jakiejkolwiek aprobaty w oczach rodziców biegnę skryć się w sypialni. Pewnie nie wyobrażaliście sobie, że moja mama ma tu swoje mini mieszkanko i muszę przyznać, że ja też wyobrażałam sobie raczej coś w stylu szpitalnego pokoju dwa na dwa. Jednak projektanci tego miejsca mieli co nieco w mózgu skoro dotarło do nich, że pacjenci na rehabilitacji to czego jak czego, ale szpitala mają serdecznie dość.
    - Tak? - przysuwam telefon do ucha i opadam tyłkiem na podwójne łóżko. Boże, co za los.
    - Leighton? Gdzie jesteś?
    - U rodziców - odpowiadam zgodnie z prawdą - musiałam odwiedzić mamę, kumasz - Lola chyba rzeczywiście kuma, bo nie podchwytuje wątku - A wy już jesteście?
    - Taak, za dwadzieścia minut powinniśmy być na miejscu - w tle słyszę, że Harry coś mówi, ale niezbyt rozumiem co takiego.
    - Hm, no to do zobaczenia tam - podbijam się na materacu i zagryzam wargę - Jeżeli w ogóle trafię w drodze powrotnej.
    - Dasz radę! Muszę kończyć, bo Harry... - w sumie nie dowiaduje się co takiego ten "Harry...", bo po paru sekundach dochodzi do mnie, że dziewczyna zakończyła połączenie. No cóż. Obracam telefon w dłoniach. Skoro Niall nie dzwoni do mnie to chyba powinnam zadzwonić do niego, co nie? Albo chociaż napisać smsa, bo w sumie nie chcę mu przeszkadzać, skoro wszyscy już się prawie zebrali to w mieszkaniu musi panować teraz niezły chaos... ciekawe czy posprzątali te kartony. Podnoszę się z łóżka i wracam do salonu, gdzie rodzice ucinają rozmowę w połowie zdania. Nad brwiami mojego ojca widzę burzowe chmury. Oho, chyba się kłócili. Z uprzejmym uśmiechem przysiadam na poręczy kanapy i zabieram się za wysyłanie wiadomości do chłopaka.
    - Leighton! - Nicolai po raz setny dzisiaj zwraca mi uwagę - Musimy porozmawiać.
    - Myślałam, że ciągle to robimy - unoszę brwi z konsternacją, ale dostrzegając wyraz twarzy mojej mamy odkładam telefon na stolik do kawy. W końcu jest chora! To znaczy, w pewnym sensie - Dobrze, od tej chwili zamieniam się w słuch.
    - Chodzi o to, że nie zgadzamy się z tatą, żebyś wracała do Londynu po weselu Grega, Lei'.
Słucham. Ha-ha. To pewnie jakiś żart dlatego nie kłopoczę się nawet z wymuszaniem śmiechu, bo kąciki ust same unoszą mi się do góry.
    - Leighton, jesteśmy poważni. Nie zgadzamy się, żebyś spędziła nie wiadomo ile czasu w Londynie, bez żadnej opieki - Nicolai wstaje z fotela i podchodzi do okna, z którego widok roztacza się na południową część miasta - Możesz spędzić tutaj ten miesiąc, ale dłużej nie. Możesz wyprawić tutaj urodziny. Możesz robić wszystko, ale do końca sierpnia - przerzuca spojrzenie na mnie i zaciska usta. Czuję jak coś ciężkiego osuwa mi się wzdłuż przełyku z hukiem lądując w żołądku. Mam wrażenie, że nie kontaktują dwie części mojego mózgu. Słyszę, co ojciec do mnie mówi, ale nie potrafię tego zrozumieć.
    - Jak to? - pytam w końcu, starając się nie pokazywać po sobie, że jestem bliska omdlenia - Jak to nie?
    - Dziecko kochane, masz szkołę... nie możesz tego wszystkiego zostawić z powodu jakiejś głupoty, to znaczy... my z ojcem się bardzo cieszymy, że Niallowi się tak udało, że wszystko się ułożyło lepiej niż można się było spodziewać, ale... nie możesz im siedzieć na głowie, nie możesz mieszkać sama z piątką chłopaków... - otwieram usta, aby wypowiedzieć imię Loli, ale mama nie daje mi dojść do słowa - Lola też na pewno nie będzie tam przez cały czas, poza tym ona jest w lepszej sytuacji, ma do domu bliżej...
    - Mamo... - zaczynam, ale po raz kolejny nie jest mi dane dokończyć.
    - Za rok, Leighton - mama uśmiecha się pojednawczo. Nie mam ochoty z nikim się jednać - Jak skończysz szkołę.
    - W tym roku liczą się tylko testy... tylko wyniki z testów! - podrywam się z oparcia, na którym dotychczas siedziałam - Muszę je po prostu dobrze zdać! - dlaczego oni nic nie rozumieją?
    - Dlatego właśnie pójdziesz we wrześniu do szkoły - ojciec wydaje się być pewny swego. Ponownie siada na fotelu wyraźnie ucinając dyskusję.
O nie, o nie, nie, nie, nie. Staram się odnaleźć ratunek w mamie, ale ona wciąż ma na twarzy ten uśmiech. Nie ma mowy. NIE idę do szkoły. NIE będę chodzić do szkoły podczas gdy wszyscy moi znajomi będą przeżywali czas swojego życia tutaj, w Londynie.
    - Dlaczego nie mogę zostać tutaj? Mogłabym odwiedzać mamę... poza tym... taty i tak nie będzie w domu - biorę głęboki oddech - I tak będę tam sama.
    - Idziesz we wrześniu do szkoły - Nicolai przysuwa do ust szklankę z wodą i upija parę łyków - Nie próbuj się buntować, Leah.
    - Przyjedziesz na pierwszy występ Nialla, co, kochanie?
Na pierwszy występ Nialla.
    - I tak na dużo Ci pozwalamy, Leighton. Masz przed sobą trzy tygodnie wolności, a potem wracasz.
Przysięgam na Boga, że jeżeli jeszcze raz usłyszę, że mam czas do września to zwymiotuję. Sięgam dłonią po telefon i robię krok do tyłu.
    - Kochanie, nie ma sensu się sprzeciwiać... to naprawdę nic nie da... po prostu zrozum naszą decyzję - mama rozprostowuje dłońmi materiał, którym obity został jej fotel - Sytuacja uległa zmianie, nie możemy pozwolić, żeby zepsuły się też nasze wspólne relacje z Tobą, zroz...
    - Co? - oni nic nie rozumieją?! - Co? - powtarzam po raz kolejny, a w moim gardle momentalnie robi się sucho - To dlaczego właśnie to robicie? Dlaczego zabraniacie... mi robić to co kocham z ludźmi, których... - mam zamiar powiedzieć "z ludźmi, których kocham", ale jakoś głupio mi poruszać ten temat czując na sobie wzrok ojca - na których mi zależy... dlaczego... nie potraficie zrozumieć...
    - Sęk w tym, Leighton, że my właśnie wszystko rozumiemy. Rozumiemy, że bardziej zaczęło Ci zależeć na przyjaciołach niż na czymkolwiek innym. Od września idziesz do szkoły, a teraz pozwól... musimy z Livią jeszcze omówić parę spraw.
Mój ojciec. Mój rodzony (można tak w ogóle powiedzieć?!) ojciec wyrzuca mnie na bruk. To wszystko to jakiś żart. Poważnie. To jest żart.
Zjeżdżając windą na parter wciąż jestem stu procentowo pewna, że to jakiś kabaret. Jestem tego również pewna, gdy przechodząc koło lady, za którą siedzi ta młoda dziewczyna, odkładam swoją wejściówkę na blat. Jestem tego pewna, gdy słyszę, że krzyczy za mną, że będę tej kartki potrzebowała przy kolejnych odwiedzinach. W sumie nie wiem, w którym momencie zaczyna do mnie docierać, że rodzice zniszczyli mi cały misternie układany przez Nialla plan. Może w autobusie, gdy zaczynam pociągać nosem myśląc o wszystkim, co miało się dopiero wydarzyć. Może na rogu naszej ulicy, kiedy mój telefon nie wibruje, bo nie dzwoni na niego ani Niall, ani rodzice. A może, gdy wchodząc do mieszkania zastaję całą gromadę przed telewizorem, całkowicie rozleniwioną i całkowicie ze sobą zgraną, oglądającą stary odcinek EastEndersów. Uśmiecham się do nich promiennie i odkładam bluzę na jeden z kartonów, który został podniesiony z ziemi i położony na jednym z dwóch foteli. Witam się ze wszystkimi, a po paru sekundach zostaję pogoniona do zrobienia popcornu. Robię. Wracam do "salonu", rozsiadam się obok nich i kiedy Niall pyta, czy wszystko w porządku, odpowiadam, że w najlepszym!
Widzicie, jaka z nas zgrana paczka.
Zgrana paczka przyjaciół.

36 komentarzy:

  1. ach ja ja kocham tego bloga ;') masz talent, bejbe. NO I W KONCU NOTKA, już nie mogłam się doczekać.

    OdpowiedzUsuń
  2. cudowny blog♥ pisz dalej, czekam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. jejku jejku jak już mówiłam, cieszę się ogromnie z nowej notki qiwuefrnjgkf CZEMUUUUUUUUUUUUUU, PYTAM SIĘ CZEMUUUUUU RODZICE LEIGHTON MI TO ROBIĄ! BĘDĘ MUSIAŁA CZYTAĆ, JAK ONA ZA NIM TĘSKNI, A JA NIE LUBIĘ JAK NIE SĄ OBOK NO JEJKU JEJKU! czekam na kolejny rozdział i modlę się, że będzie szybciej niż ten. kocham cię za tego bloga strasznie bardzo bardzo ogromnie

    OdpowiedzUsuń
  4. już myślałam, że nie napiszesz:c no cóż, teraz tylko napisać u siebie rozdział, pouczyć się i.. i znowu pójdę późno spać, bo będę czytać cudownego bloga<3

    OdpowiedzUsuń
  5. O kuwa bym się mandarynką udławiła jak zobaczyłam , że nowy rozdział !!
    Przed spaniem przeczytam haha :) <3

    OdpowiedzUsuń
  6. no Martie uszanowanko, duże pokłony tutaj kieruje

    OdpowiedzUsuń
  7. Jednak teraz przeczytałam i jest cudowny !
    szkoda mi Leighton ;(
    musi jakoś przekonać rodziców co do swoich planów .
    czekam na kolejny i dziękuję Ci że dodałaś :)


    Zapraszam do mnie i liczę na komentarz :*
    http://xiwanttobelovedbyyou.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Aaaa nowy rozdział!
    ahah "rehabilitatorowie" mnie rozwalili XD
    no ale później to już smutno się zrobiło i jeszcze to "kiedy mój telefon nie wibruje, bo nie dzwoni na niego ani Niall...' i dwa ostatnie zdania...
    rozdział świetny jak zawsze, a najbardziej mi się podobało jak napisana jest właśnie ta końcówka.
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Jej w końcu piękna ! Już myślałam, że się nie doczekam :o <3 Rozdział cudowny, aż się łezka w oku kręci :*

    OdpowiedzUsuń
  10. naaareeeszcie! straaasznie się cieszę! <3
    jak zawsze genialny, fajne jest to że nie jest jeszcze za słodko ani nic, tylko ciągle nas ciekawisz zwrotami akcji. Lei nie wyjedzie, nie może.... prawda? :D
    ehh, super że już wróciłaś :) tajemniczo pociągnięte, tak bardzo londyńsko.. jest pięknie ^^

    OdpowiedzUsuń
  11. Wreszcie!!! Ja tu z tesknoty umieram no!

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak długo czekałam na nowy! Mam nadzieję, że tym razem nie będziesz nam kazała czekać znów kilka miesięcy!
    Rozdział jak zawsze wspaniały, uwielbiam Twój sposób pisania :)
    Życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  13. Wszystko genialnie, ale to, że Niall i Leighton tak nagle na pstryknięcie palców są razem jest trochę dziwne.

    xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cale to opowiadanie jest dziwne i gowno warte sorki

      Usuń
    2. Tego nie powiedziałam. Jest genialne, kocham je. Przepraszam jeśli to zabrzmiało pretensjonalnie, bo nie dodałam "XD" na końcu.
      Naprawdę, uważam, że całe opowiadanie jest świetne. :)
      Tylko dziwi mnie, że przez te dwadzieścia parę rozdziałów Niall tak bardzo nie chciał, żeby Lei żywiła to niego jakieś uczucia, a tu nagle BUM i "mam słodką dziewczynę". XD

      Usuń
    3. nie o to chodzi po prostu glupie jest to opowiadanie nie mam na nie w ogole pomyslu nie lubie go i najchatniej bym je usunela ale sie przywiazalam do bohaterow
      tez mnie to dziwi

      Usuń
    4. w sumie to nie opisalam tego czasu jak niall siedzial z jej mama i z nia na chacie a to ich jakos tam zblizylo poza tym byl bez niej tam u harrego starego w bungalowie i tesknil za nia nie wiem co tam mu w glowie siedzi duzo tu jest rzeczy niewyjasnionych i nawet ja ich nie rozumiem

      Usuń
    5. Hahaha. Okay, ja też swoich bohaterów nie rozumiem, spokojnie.

      Piszesz coś w ogóle? Idzie Ci to jakoś czy kompletnie już nie masz weny na tego bloga? :(

      Usuń
    6. ostatnio napisałam plan opowiadania (czegos takiego wczesniej u mnie w ogole nie było) no i mam pol nowej notki, ale wlasnie skonczyly mi sie ferie...

      Usuń
    7. High five. Mi też się skończyły. Cierpmy razem.

      Nigdy nie potrafię stwierdzić czy robienie "planu" opowiadania pomaga. Kiedy go nie robię jest zbyt popieprzona fabuła, a gdy go robię... Pisanie staje się nudne, bo wiem dokładnie co się stanie. To brzmi trochę bezsensu, ale whatever.

      Głowa do góry. Znam dziewczyny, które nie pisały nawet pół roku, a później nagła łaska Pana na nie spłynęła i 100 kartek w wordzie w kilka dni.

      Usuń
  14. LOL. KOBIETO CZEKALAM NA TO POL ROKU KUMASZ ?I DOCZEKALALAM @
    SIE! @ciastecz_kowa

    OdpowiedzUsuń
  15. Czesc jestem bardzo ciekawa czy piszesz nowy rozdzial. Nie mam zamiaru Cię popedzac ani nic w tym rodzaju to po prostu czysta ciekawosc bo jestem zauroczona tym opowiadaniem. Przeczytałam to co napisalas w komentarzach i musze przyznac że masz troche racji, historia jest odrobinę niedopracowana i jest parę niewyjasnionych rzeczy ale to przecież oznacza że jesteś posiadaczką ogromnego talentu skoro wiele osób tak jak ja pokochalo Twoje opowiadanie, piszesz niesamowicie ciekawie i tak lekko że czyta sie to z ogromna przyjemnością. Życzę dużo weny i mam nadzieję że nie stracisz motywacji do dalszego pisania xx

    OdpowiedzUsuń
  16. haha, z tym planem to dobrze to ujelas:D
    i dzieki!! mam nadzieje, ze niebawem cos ruszy, ale z drugiej strony teraz druga klasa, osiemnastki, prawko i taka sytuacja trudno znalezc czas nawet jak czasami mam wene:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, jestem w tej samej sytuacji, ale z prawkiem chciałam zaczekać na wiosnę albo lato, bo w zimę się boję zdawać.
      No i pierwsza kwalifikacja zawodowa w czerwcu, więc będzie dużo nauki i nie wiem czy jeszcze dam radę ogarniać jeszcze wykłady na prawko w tym samym czasie. :/ Ale Tobie życzę powodzenia! :D

      Usuń
    2. czemu ta odpowiedz sie dodała osobno:( bezsensu
      o matko, powodzenia!!!! ja na prawko od marca, cykam sie jak nic, ale mam nadzieje, ze dam rade, bo chce koniecznie miec juz na wakacje:D i dziekuje!

      Usuń
  17. Wciąż czekamy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojejku :')
      codziennie tutaj juz z automatu wchodze, mega mi miło takie cos zobaczyc!! kochaam was

      Usuń
    2. doczekamy sie czeogs w niedługim czasie? :D to nie hejt zeby nie bylo, po prostu braaaak nam leighton i nialla :3

      Usuń
    3. mam ciagle ta polowe notki i nic nie dopisuje, ale pisze dla znajomej opowiadanie na urodziny, z zaynem w roli glownej i mam juz 4 rozdzialy i czas do sierpnia, wiec planuje do 30 ich napisac i najwyzej od sierpnia zaloze jakiegos bloga i bede je sobie wstawiac co tydzien :) a z leighton i niallem juz nie wiem sama co robic :(

      Usuń
    4. kurde, Zayn jest okej ale to nie to co NIall♥ i Leighton, cóż, Twoja decyzja, ale powiem że będe tęskniła jesli postanowisz zakończyć je w tym momencie :) nadal mam cichą nadzieje, że jednak jeszcze sie nie pożegnamy :)

      Usuń
  18. Bedzie coś nowego tutaj?

    OdpowiedzUsuń
  19. Kiedy mozemy sie spodziewac nowego rozdziału?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, nie mam pojecia, w przyszlym tygodniu bede miala troche czasu i cos dopisze, ok? :)

      Usuń
    2. nie chcemy zebys sie denerowała przez nasze pytania :) czekamy! nie ma sprawy :D

      Usuń